| Józef Mackiewicz,
Prawda w oczy nie kole, Kontra, Londyn
2002 ("Dzieła", tom 17) |
| "Gazeta
Polska" nr 13 z 27 marca 2002 |
Jacek Trznadel
"PRAWDA W OCZY NIE KOLE"
W edycji pism Mackiewicza (wydawnictwa „Kontra”
Niny Karsov) ukazała się nowa, nieznana książka tego pisarza:
Prawda w oczy nie kole. Jest to wydanie na podstawie jedynego
ocalałego maszynopisu, odnalezionego w Kownie i potem w Wilnie, a
napisanego zapewne do końca roku 1943. Maszynopis istniał w dwu
egzemplarzach, z których jeden został spalony, ocalenie więc książki,
której autor nie wywiózł z Wilna w trudnej drodze na emigrację,
zakrawa na cud. Ponieważ jest to absolutna nowość edytorska, tak
wybitnego pisarza i na tak ważny temat, warto ją tutaj obszernie – i
z przytoczeniami – streścić.
Tekst zawiera podzieloną tematycznie historię przeżyć
i usiłowań Mackiewicza od początku wojny do roku 1941 (późniejszy
okres – niektóre aluzje). Opisane wypadki dzieją się w Wilnie i na
Litwie, w Kownie. Książka staje się ważną kroniką historyczną
tych lat w bezpośrednim opisie prozaika i dziennikarza przedwojennego
wileńskiego „Słowa". Jest to więc tyleż poświadczenie ważnego
biograficznie ogniwa życia autora Drogi donikąd, co wypadków
tamtych dni. Wydanie książki przypadło na setną rocznicę urodzin
Józefa Mackiewicza.
Wieczór walącego się w gruzy państwa
Zapis, chwilami nieraz prawie kronikarski, rozpoczyna
się zaraz po 17 września 1939, po przekroczeniu granicy polskiej
przez Armię Czerwoną: „Nadchodził wieczór dnia 18 września
[1939 roku], najbardziej niesamowity, jaki dane mi było przeżyć.
[...] W ciemny wieczór walącego się w gruzy państwa przyszliśmy
ze Zbyszewskim [piechotą z Czarnego Boru] do Wilna. [...] W redakcji
„Słowa” paliły się już lampy. [...]. Był moment, gdy pozostałem
zupełnie sam. Sam jeden w wielu pustych pokojach [...]”. Mackiewicz
opisuje następnie dramatyczną ucieczkę z Wilna wojskowym autobusem
ku granicy litewskiej: „Gdy sobie przypomnę ten obraz [...]
wielkiego odwrotu 1939 po trakcie zaprószonym żołnierzami polskimi,
granatowymi mundurami policji, masą aut, autobusów, ciężarówek...
pełnym śmiechów, przekleństw, żartów, łez, myśli samobójczych,
głupoty ludzkiej, szczerego patriotyzmu [...] rozpaczy, apatii
uciekających urzędników, kobiet z dziećmi na rękach, wygodne
poduszki w limuzynach i nogi skrwawione marszem [...] podświadomie
jeszcze zaczęło osiadać w mózgu to przekonanie [...] o wielkim
indywidualizmie rzeczy, o zakłamaniu abstrakcji politycznej”.
„Ot, taki sobie przeciętny patriota [...] wyjął rewolwer, ścisnął
jak prawicę przyjaciela i - palnął sobie w łeb. [...] Nakryto go płaszczem.
[...] Deszcz dawno ustał. Biała flaga wyschła, [...] uniósł się
szlaban graniczny [...], każdy przekraczając granicę nie znanego mu
losu już bez rozkazu czynił znak krzyża świętego” (rozdziały: Wojna,
Wielki indywidualizm rzeczy).
Wielkie plany
W następnych rozdziałach Mackiewicz opisuje swój
niedługi emigracyjny pobyt w Kownie i starania (bezskuteczne) o wizę
francuską. Uzyskał ją tylko jego brat, Stanisław Cat Mackiewicz,
stając się jednym z najwybitniejszych publicystów emigracji
zachodniej w czasie wojny. Natomiast Józef Mackiewicz, po upadku tych
nadziej, po dramatycznym przeżyciu nastroju klęski w ambasadzie
polskiej w Kownie, ostatniego paroksyzmu wolności u gościnnych
Litwinów, opisuje swój powrót do Wilna po przekazaniu go przez ZSSR
Republice Litewskiej. Powracał do Wilna z zamiarem rozwinięcia
szerokiej działalności publicystycznej i po wyciągnięciu wniosków
z tragicznego upadku polskiej państwowości. Przedtem w kowieńskiej
gazecie „Lietuvos Żinios” z 14 października 1939 r. opublikował
artykuł My Wilnianie. Jak sam to określił: „Artykuł ten
wywołał burzę”. Nie wypaczymy słów autora posługując się
jego własnym streszczeniem w omawianej książce: „Artykuł zawierał
ostrą krytykę rządów pomajowych w Polsce. Wyrażał szczery ból z
powodu katastrofy, jaka nas dosięgła. Zawierał zarzut pod adresem
Piłsudskiego, jako głównego winowajcy, Zawierał poza tym zdanie,
które cudem jedynie przeskoczyło cenzurę, a mianowicie, że Polska
i Litwa, tak jak przed wiekami, znajdują się w sytuacji identycznej
między Niemcami i Sowietami. Zawierał wreszcie ten fatalny ustęp,
że [...] największą radość sprawi im [wilnianom] obecne
wkroczenie wojsk litewskich”.
Artykuł ten został źle przyjęty przez środowiska
polskie, między innymi wywołał pisemny protest oficerów polskich
internowanych na Litwie, wręczony Mackiewiczowi. Mackiewicz podkreśla,
że tekst ten stanowił dla niego pomost do określenia się wobec
jego ojczyzny, którą nie tyle jest Polska, ile trochę w myśl
filozofii nazywanej „krajową” określa ją tradycja Wielkiego Księstwa
Litewskiego, nie poszanowana ani przez Polskę, ani przez Litwę i
deptana „czerwonym żelazem bolszewickim”. Po powrocie do Wilna
Mackiewicz uzyskuje koncesję na wydawanie pisma w języku polskim
(„Gazeta Codzienna”), w którym miał nadzieję rozwijania swoich
poglądów. Jak sam to pisze w omawianej książce, nie spełniały się
jednak nawet wstępne nadzieje na rozwinięcie w nowym duchu idei
„krajowych” i Wielkiego Księstwa Litewskiego.
A najpierw: „Bytem głęboko przekonany, że wojska
litewskie w r. 1939 witane będą z ulgą i radością przez absolutną
większość mieszkańców [...]. Omyliłem się kompletnie. Społeczeństwo
polskie zachowało się wrogo wobec faktu wkroczenia wojsk litewskich.
Społeczeństwo zaś litewskie uczyniło wszystko, aby wrogość tę
spotęgować i rozłam pogłębić. [...] I przyznać muszę, że winę
za obłędną nienawiść i najgłupsze rozłamy w obliczu wspólnego
[bolszewickiego] wroga w lwiej części przypisać należy stronie
litewskiej. [...] Litwini nie okazali jednak ani taktu politycznego,
ani rozumu politycznego”. Po pierwszych dniach, które niczego złego
jeszcze nie zapowiadały, Litwini wprowadzili bezwzględną
lituanizację językową (wbrew samym interesom litewskim
absolutyzowano sprawę języka) w mieście o ogromnej polskiej większości
(nazwy ulic, szyldy sklepów, język urzędowy). Zamknięto
uniwersytet Stefana Batorego, wydano represyjną ustawę o
obywatelstwie, w wyniku której „w samym Wilnie [...] liczącym 200
tysięcy mieszkańców stałych, około 150 tysięcy okazało się
‘obcokrajowcami’”. Najgorszą sprawą, którą będzie wytykał
Mackiewicz Litwinom, ale i Polakom, był brak jedności w obliczu wspólnego
bolszewickiego wroga, który zdążył już zainstalować swe bazy
wojskowe we wszystkich krajach bałtyckich. Dochodziło do godnych pożałowania
zmian w mentalności codziennej, gdzie ogółowi polskiemu zdarzało
się sympatyzować z bolszewikami przeciw Litwinom.
Koniec marzeń
W takiej właśnie sytuacji zaczęła wychodzić
redagowana przez Mackiewicza wileńska „Gazeta Codzienna”. Narażona
z góry na złe przyjęcie obu stron: litewskiej (mimo pozwolenia na
druk) i polskiej, na częściowy bojkot strony polskiej i represyjną
cenzurę litewską. Zwłaszcza że postawa Mackiewicza sprawiała zawód
zarówno stronie polskiej, jak i litewskiej. Mackiewicz określa to
tak: „Stosunek Litwinów do ‘Gazety’ [...] sfery litewskie uroiły
sobie, że ‘organ krajowców’ będzie najdalej posuniętym
rodzajem ugody. Będzie organem rozbijającym jednolity front społeczeństwa
polskiego. Będzie może nawet urzędówką w języku polskim, gazetą
gadzinową. Dowodzi to z ich strony atrofii poczucia myśli państwowej
i kompletnego braku zainteresowania koncepcjami wielkiej Litwy
[...]”.
W dalszej części książki opisuje Mackiewicz swoje
zabiegi i perypetie związane z wydawaniem pisma i próbą, by pozyskać
dla swej idei wszystkie odłamy mieszkańców Wileńszczyzny, w tym
także ruch Białorusinów. Zabiegi te, jak i próby usunięcia
uprzedzeń Litwinów w toku dyskusji z czynnikami rządowymi w Wilnie
i Kownie poniosły fiasko. Dodać jeszcze należy walki z cenzurą
litewską, nie wykazującą według Mackiewicza zrozumienia problemów
polskich, ale i woli walki ze wspólnym wrogiem: bolszewikami, co
objawiało się na przykład drastycznie przy druku komunikatów o
wojnie bolszewicko-fińskiej. W rezultacie tych trudności „Gazeta
Codzienna” została zamknięta przez władze litewskie jeszcze przed
„przyłączeniem” Litwy do ZSSR jako republiki sowieckiej. Na
przykładzie Litwinów posiadających przecież wtedy jeszcze własną
państwowość ukazuje Mackiewicz tragiczną dla niego uległość
wobec groźby i wobec faktu sowietyzacji, podobnie jak widział to na
przykładzie polskim. Zawiedli go Polacy, zawiedli Litwini, pozostało
marzenie o Wielkim Księstwie. Ale przede wszystkim ponura rzeczywistość
okupacji sowieckiej.
W rozdziale Czwarty rozbiór Polski Mackiewicz
czyni odpowiedzialnym za ten rozbiór nie tylko zdradziecki pakt
Ribbentrop-Mołotow, ale także Anglię, która nie zaprotestowała
przeciw uczestnictwu Sowietów w rozbiorze: „Tak dalece nie chciano
się w Londynie pożegnać z nadziejami na pozyskanie Sowietów do
antyniemieckiej koalicji. Za samą już tylko nadzieję, rzec można,
ofiarowano im pół Polski”. I tutaj rozpoczyna się ważny etap myślenia
politycznego Mackiewicza, który będzie go kosztować posądzeniem o
proniemieckie sympatie. Chodziło mu o zajęcie stanowiska wobec
Rosji, Niemiec i polskich sojuszników zachodnich, przede wszystkim
Anglii, jako wciąż walczącej z Niemcami. Kilka kluczowych zdań z
książki pozwoli nam jaśniej zrozumieć źródło późniejszego
konfliktu między Mackiewiczem a polską organizacją podziemną,
prowadzącego w rezultacie do wydania wyroku śmierci na pisarza,
wyroku zawieszonego potem przez wileńskiego komendanta AK,
„Wilka” Krzyżanowskiego.
Większy wróg
Trzeba się tu najpierw odwołać do kilkumiesięcznej
współpracy Mackiewicza z koncesjonowanym przez Niemców wileńskim
„Gońcem Codziennym”, a zwłaszcza do tego kluczowego zdania z
artykułu wstępnego Mackiewicza To dopiero byłaby klęska,
zamieszczonego w numerze z 10 sierpnia 1941 r.: „zwycięstwo
koalicji anglo-sowieckiej byłoby dla Polaków największą klęską,
jaka nie tylko ich w tej wojnie spotkać mogła, ale klęską przewyższającą
wszystkie dotychczasowe na przestrzeni dziejów [...] los narodu
polskiego przypieczętowany może na wieki”. Gdyż – a teraz cytat z
omawianej książki Mackiewicza: „zwycięstwo koalicji na zachodzie,
pociągnęłoby za sobą nieuchronnie wystąpienie Sowietów przeciwko
zdruzgotanym Niemcom. Stałoby się to poprzez nasze ziemie po trupie
«Polski burżuazyjnej». Wydani byśmy zostali w ręce bolszewików”
(Straszny cień pada od wschodu). Mackiewicz wiedział, że
Anglia zapłaciłaby Sowietom Polską za cenę wspólnego zwycięstwa.
To przewidywanie zresztą się sprawdziło.
Znane skądinąd zdanie Mackiewicza z artykułu To
dopiero byłaby klęska z „Gońca Codziennego” tłumaczyłem
sobie niegdyś swoistym myślowym unikiem wobec cenzury, tym razem
hitlerowskiej: mianowicie jako przewidywanie, że Niemcy pokonują
najpierw Sowiety, zaś następnie zostaną pokonane przez Anglię, już
nie w koalicji z ZSSR. To tłumaczenie uległo zmianie po lekturze
zapisów Mackiewicza z omawianej książki.
Polityk taki jak Mackiewicz musiał nieuchronnie pytać
o możliwą alternatywę. A najpierw: czy po serii angielskich klęsk
i zwycięstwie Niemiec nad ZSSR można było jeszcze wyobrażać sobie
Anglię zwycięską? Na to pytanie Mackiewicz nie daje jasnej
odpowiedzi, jednak można sądzić, że źle widział losy Anglii w
starciu z Niemcami, po unicestwieniu przez Niemcy ZSSR, którego tak
sobie życzył... W tym rozumowaniu Anglia, która wcześniej nie wystąpiła
przeciw Sowietom, musiałaby sama zapłacić cenę unicestwienia
komunizmu przez Niemcy. W książce Mackiewicz wyznaje jednak, że
szedł w swym myśleniu o wiele dalej. Nie tylko daje tu do
zrozumienia, że przewidywał klęskę Anglii, ale wręcz życzył jej
sobie, by mogło dokonać się rozbicie Sowietów: „Sądziłem
dalej, że wojna na wschodzie nie dojdzie do skutku wcześniej, zanim
nie zostanie zakończona na zachodzie. Dlatego całym sercem pragnąłem,
żeby Niemcy jak najprędzej rozbiły Anglię, ażeby usunęły tę kłodę,
która nas przykuwa do niewoli niemiecko-bolszewickiego sojuszu (Straszny
cień pada od wschodu).
Jeśli jedynie zwycięstwo Niemiec nad ZSSR i Anglią
mogłoby Polskę uchronić przed bolszewizmem, w takim razie, co byłoby
z okupacją hitlerowską, z dominacją niemiecką? Tu w myśleniu
geopolitycznym otwiera się rozpaczliwa próżnia: bo jeśli niemiecka
Anglia, to i Egipt, Suez, marsz przez Kaukaz na wschód Wehrmachtu.
Pozostawałyby Stany Zjednoczone osaczone przez Niemcy i Japonię. W
takim rozumowaniu pisarz odkładał chyba porażkę hitlerowskich
Niemiec na czas zgoła nieokreślony. W sytuacji bez dobrego wyjścia
wolał niewolę nazistowską od komunistycznej? Jako reprezentant
pokolenia, które pamięta dobrze czasy wojny, powiem, że dla większości
ludzi w Polsce takie stanowisko było nie do przyjęcia. Nie tylko w
sferze postulatów, ale i nadziei. My, którzy słuchaliśmy, z narażeniem
życia, radia Londyn, wierzyliśmy w zwycięstwo Anglii nad
hitleryzmem. Mając jednocześnie nadzieję, że nie dozwoli ona na
rozpanoszenie się komunizmu nad Polską. Nadzieję głupią i fałszywą.
Mackiewicz byt jednym z niewielu realistów. Widział, tak może jasno
jak niewielu ludzi w Polsce, że porażka obu wrogich Polsce
totalitarnych potęg: Niemiec i Rosji – jest niemożliwa. Uważał
jednak komunizm za większego wroga.
Trzeba powiedzieć, że w owym czasie Polska nie była
nakierowana na walkę z komunizmem, lecz jedynie na walkę z Niemcami,
dlatego również, że w większości mieliśmy straszne doświadczenie
okupacji niemieckiej, a w Polsce centralnej nie mieliśmy doświadczenia
okupacji sowieckiej. Mackiewicz odwrotnie: do roku 1943, gdy pisał
zapewne ostatnie stronice książki Prawda w oczy nie kole, nie
miał wielkiego doświadczenia okupacji niemieckiej, nie dokonał się
także jeszcze holocaust ludności żydowskiej, do której sympatię
Mackiewicz deklaruje ewidentnie w swojej ostatniej książce (rozdział
Żydzi).
My, związani z nadziejami na zwycięstwo Anglii,
czytamy te słowa Mackiewicza z ciężkim sercem. Jakiej duchowej
walki i rezygnacji musiały one być wynikiem, by pisarz, który nie
był zwolennikiem Niemiec hitlerowskich i z całych sił pragnął,
aby Polska orężnie się im oparła – doszedł do takich przekonań i
do takich pragnień? Te pierwsze lata wojny i okupacji sowieckiej były
przełomowym krokiem do takich przemyśleń. Trudno nam to przyjąć,
gdyż w większości Polski, jak i w Europie Zachodniej, jedynym
potworem były Niemcy hitlerowskie. To dopiero dzisiaj w obliczu klęski
komunizmu, w obliczu takich książek jak Czarna księga komunizmu,
gdy wiemy, że zbrodniczość komunizmu nie była mniejsza od
zbrodniczości hitleryzmu, a w absolutnej ilości ofiar, nawet większa,
możemy zrozumieć Mackiewicza. Po prostu: w obliczu dwu potęg zła -
Polska podziemna praktycznie swe nadzieje wiązała z Rosją, on – z
Niemcami. Nie wierzył w wymiganie się Polski od komunizmu w wypadku
jego zwycięstwa w Europie aż po Niemcy.
Ucieczki z rozpaczy
Dopiero później mógł nabrać nadziei, że
pomimo wszystko pozostanie w Europie kawałek wolnego świata, ale nie
w Polsce, nie w Polsce! To tłumaczy jego rozpaczliwą ucieczkę na
Zachód – najpierw do Warszawy przed powstaniem, a potem w Krakowie, w
obliczu ofensywy Armii Czerwonej przekroczenie pieszo, w zimie, nie
wysadzonego jeszcze mostu na Wiśle – w drodze na Kalwarię, Śląsk,
Wiedeń, Włochy Pamiętam dobrze nocny wybuch, kiedy poleciały te
mosty w Krakowie, obudziliśmy się, bo otwarło się od podmuchu
okno, byt mróz, Mackiewicz przekroczył most kilka godzin wcześniej.
Uciekać w taką noc, to się nie dało pomyśleć – dlatego tak
przejmuje mnie dziś ten opis u Mackiewicza.
Co znaczą refleksje Mackiewicza przytoczone za jego
ostatnią książką w naszym spojrzeniu na pisarza i okupację w ogóle?
Przede wszystkim sytuują go po stronie pisarzy akcentujących silniej
obawę przed komunizmem niż przed hitleryzmem (przynajmniej do pewnej
chwili), jak u nas pisarz Jan Emil Skiwski (kolaborant), jak niektórzy
pisarze francuscy (oni jednak dzielili często z nazistami haniebne
fragmenty ideologii, co nie istniało u Mackiewicza). Był to więc
wybór przeciw komunizmowi, ale nie za nazizmem, jedynie
wobec tragicznej alternatywy.
I musiał się tu dokonać jakiś przełom, gdyż po
kilkumiesięcznym okresie współpracy z gadzinowym „Gońcem
Codziennym” Mackiewicz zerwie tę współpracę, co zresztą mogło
być dla niego groźne, tak jak gdy nieco wcześniej odmówił
redagowania pisma. Jak groźni potrafili być Niemcy dla ludzi, z którymi
nawet pertraktowali, opisał w swoich Czasach wojny Ferdynand
Goetel, także po wojnie oskarżony o kolaborację. Być może
Mackiewicz życzył sobie nadal zwycięstwa Niemiec nad ZSSR, ale nie
chciał być ich pomocnikiem-kolaborantem. Może nabrał nadziei, jak
wielu, że Niemcy ugrzęzną daleko w Rosji, a Polskę oswobodzą
alianci zachodni? W ten sposób rozumowali nieco później nasi
pisarze na Zachodzie: Andrzej Bobkowski w Paryżu (Szkice piórkiem),
martwiący się klęską niemiecką pod Stalingradem czy spisujący
swe dzienniki w Londynie Tadeusz Katelbach (Rok złych wróżb,
1943). Może nieco później i Mackiewicz miał takie nadzieje,
zważywszy, że za każdym razem dopiero w ostatniej chwili wycofywał
się przed nadchodzącym frontem Czerwonej Armii: z Wilna, z Warszawy
(dzień przed powstaniem), z Krakowa (dzień przed jego zajęciem
przez krasnoarmiejców i NKWD). Sam to zauważył: „I tak się
rozpoczął ten odwrót z miasta do miasta, jak spadanie z drzewa, gdy
się człowiek łapie po kolei za każdą gałąź” (Ucieczka
przed „wyzwoleniem”, w książce Fakty, przyroda, ludzie).
Zwłaszcza po lekturze ostatnio odnalezionej książki
Mackiewicza o okupacji sowieckiej, a pisanej w czasie niemieckiej
okupacji Wileńszczyzny – trudno wyobrazić sobie większą rozpacz niż
ta, jaka towarzyszyła temu pisarzowi w jego ucieczce na Zachód. Kto
pamięta mroźną zimę 1945 r., jak ja ją pamiętam, może sobie
wyobrazić tę pieszą początkowo ucieczkę w lekkich butach, owego
18 stycznia. Z sercem przeoranym trwogą i rozpaczą. Trwogą o swój
los osobisty (niechybnie groziły mu łapy NKWD), ale i o los Polski.
Ta sama rozpacz miotała Goetlem, gdy po rozpisaniu za nim listów gończych
salwował się ucieczką na Zachód w końcu 1945 r. (pozostawiając w
Polsce żonę i małe dzieci). I także – cokolwiek o jego kolaboracji
sądzić – ta sama rozpacz była udziałem Jana Emila Skiwskiego
wycofującego się po śladzie Wehrmachtu przed następującą Armią
Czerwoną (po wojnie jako emigranta z dalekiej Wenezueli, pod
pseudonimami, będzie go drukował Giedroyc w „Kulturze”). Pamiętajmy,
że trzy wymienione wyżej nazwiska pisarzy: Goetel, Skiwski,
Mackiewicz – osądzających zło komunizmu i uchodzących na Zachód,
są jednocześnie nazwiskami tych pisarzy w Polsce, którzy byli w
1943 r. w Katyniu. Ale ucieczka na Zachód to przecież także los
NSZ-owskiej Brygady Świętokrzyskiej przemykającej się w styczniu
1945 r. na Zachód pomiędzy oddziałami Wehrmachtu i Armii Czerwonej
(i w Polsce podziemnej przebiegała więc drastyczna linia podziału).
Na wszystkich tych ludzi rzucano przez dziesiątki lat
jedynie wyrazy potępienia. Myślę, że przyszedł wreszcie czas
trudnego zrozumienia, zwłaszcza że – jeśli chodzi o Mackiewicza –
nigdy nie tolerował żadnego totalitarnego występku czy nawet
haniebnego poglądu społecznego. To, co mogłoby ratować przed
komunizmem – nazizm, był dla niego ideowo równie nie do przyjęcia.
Podczas swego pobytu w Krakowie, w końcu 1944 r., Mackiewicz odetnie
się od proponowanej mu współpracy z kolaboracyjnym pismem „Przełom”
Skiwskiego i Burdeckiego. Wcześniej zanotuje w swej pamięci, a niedługo
potem na piśmie, wstrząsający protest przeciw hitlerowskiej
eksterminacji Żydów Ponary-Baza. W Krakowie pozostawi wydaną
na powielaczu broszurę Optymizm nie zastąpi nam Polski, wydaną
przez szefa RGO hr. Adama Ronikiera, gdzie ostrzegał przed uległością
elit wobec komunizmu. Książka ta, o której wiadomo, że gdzieś
istnieje jej egzemplarz, znana nam jest jedynie z kilkunastu zdań
cytowanych z niej po wojnie przez samego autora (Przyczynek do
ponurych dziejów, 1952).
Mackiewicz nie miał złudzeń i wiedział, jak
liberalny wobec komunizmu był Zachód. Bał się także opanowania całej
Europy przez komunizm, jeśli nie fizycznie, to w życiu duchowym. Miało
to owocować odrębnością postawy Mackiewicza, opisywaniem uległości
wobec komunizmu (książka Zwycięstwo prowokacji), a w efekcie
jego osamotnieniem także na emigracji. Jeszcze dziś niektóre jego
trafne diagnozy dla wielu wydają się nie do przyjęcia. Tytuł książki
Prawda w oczy nie kole zdaje się być tego przeczuciem. Ale to
już wymagałoby innego opisu.
|