| Józef Mackiewicz,
Droga donikąd, Orbis, Londyn 1955 |
| “Kultura”, 1955, nr 10/96, s.148-158 |
Wacław A. Zbyszewski
NAGRODA NOBLA
“Proust wielkim pisarzem? Ce plaisantin?”
miał powiedzieć Anatole France, zasłyszawszy pod koniec życia o
rosnącej sławie autora A la recherche du temps perdu. France
znal Prousta z salonów, widział w nim snoba (trafnie), aroganta
(trafnie), nie dostrzegał w nim geniusza. Bóg litościwy pozwolił
France'owi nie dożyć czasów, w których jego własny rozgłos wyglądał
wobec sławy Prousta jak wytarta, groszowa moneta.
Nie ludzie klasy bądź co bądź France'a, ale niezliczone polskie literaciny, dziennikarzyny, a przede wszystkim
urzędniczyny roześmieją się grubym, wulgarnym, hałaśliwym śmiechem,
gdy usłyszą, iż Mackiewicza (Józefa) śmiano nazwać publicznie
najwybitniejszym, najznakomitszym, największym polskim pisarzem
okresu powojennego.
Jak to się dzieje? Dlaczego? W jaki sposób
prowincjonalny publicysta mógł stworzyć Dzieło, i to Dzieło nie w
cudzysłowie, napisać powieść, która będzie należała do żelaznego
repertuaru polskiej literatury, gdy nazwiska tylu głośniejszych,
reklamowanych jego kolegów po piórze, nie wyłączając jego
rodzonego brata, znane będą chyba tylko molom archiwalnym,
bibliofilom, bibliografom, bibliotekarzom. Gdzie, w czym tkwi sekret
tego talentu, tej potężnej indywidualności pisarskiej?
Sekret to trudny i skomplikowany. Droga donikąd
jest kroniką okupacji Wileńszczyzny przez Sowiety w roku 1940-1941.
Opowieść zaczyna się w chwili włączenia Litwy do Z.S.S.R. w dniu
5 sierpnia 1940 roku, kończy się w przeddzień wybuchu wojny
niemiecko-sowieckiej, 22 czerwca 1941. Kronika ta składa się z
szeregu fragmentów dość luźno z sobą związanych: można ją porównać
do mozaiki, do zbioru nowelek. Losy trzech osób stanowią jakby
zawiasy tej opowieści: Pawła, który ma wyraźne rysy
autobiograficzne, jego żony Marty oraz jego kochanki Weroniki.
Ale prawdziwą klamrą tej opowieści nie są
osoby, ale kraj. Wilno, ani razu nie wymienione z imienia –
wzorem rosyjskim (“w gorodie N.”), autor pisze stale:
“w mieście”. Wiadomo. Nikt się nie może omylić. Można
poznać i ulicę Mickiewicza, i Zamkową, i Zielonego Strahla, i
brzegi Willi. Ale autor pisze stale “w mieście”. Może
nie chciał urazić uszu litewskich. Może raczej, chciał podkreślić,
że dla mieszkańców byłego Wielkiego Xięstwa Miasto może być
tylko jedno.
Tak, kraj. Podwileńskie osady, zwolna przechodzące
w wioski zapadłe, ubogie, w jeszcze biedniejsze pojedyncze chaty na
podmokłych łąkach, wreszcie w puszcze rozległe, rojsty grząskie
jeziora i bagna. Mackiewicz ma niezrównany, ale ściśle swoisty
talent opisywania tego kraju – dla mnie płaskiego i niepociągającego
– a który jak żadna inna połać Polski został unieśmiertelniony
w naszej literaturze. U Mickiewicza, u Weyssenhoffa jeszcze, kraj ten
się uśmiecha. U Mackiewicza jest posępny, trumienny, groźny. Była
taka sztuka sowiecka: Ryczy Kitaj (Ryczcie Chiny). Dobra
sztuka.. Powieść Mackiewicza mogłaby się nazywać: Szlochaj Litwo.
Książka to bez uśmiechu. Tragiczna, bolesna, zła.
Ludzie w niej są źli. Przyroda zła. Pogoda – mrozy, zadymki,
wiatry, odwilże, wilgoć, komary – wszystko walczy z człowiekiem.
Czasem tylko zwierz jakiś jest dobry, przyjazny: koń, pies, kot,
ptaszek, nawet wilki: gdy ktoś się pyta, czy to prawda, że wilki
pojawiły się w okolicy, wszyscy się tylko śmieją. Ale choć
ponura, tragiczna – książka Mackiewicza nigdy nie wpada w
sentymentalizm. Czułostkową nie staje się ani na chwilę. Nic z Żeromszczyzny,
nic ze Stanisława Mackiewicza, jego typowej. irytującej,
histerycznej czy histeryzującej self-pity. Książka ma jakąś
straszliwie niepolską twardość. Rzadko rozlega się w niej krzyk
czy jęk. Gdy Wercię NKWD wywozi na Sybir, to “na nic, ażeby
choć na cokolwiek spojrzała. Oczy tylko wbiła przed siebie jak umarła.
Ani słowa. Stary jak siadał, też nic nie mówił...” Wielkie
Xięstwo Litewskie – empirowe i tańczące w takt poloneza u
Mickiewicza, jeszcze kraśne makami polnymi i jarzębiną u
Orzeszkowej – kona bez słowa u Mackiewicza, kona w nędzy, w
oparach samogonu, w upodlającym strachu i w nieopisanym brudzie. Ten
brud, ten smród – to też kamerton powieści. Leon przychodzi
odwiedzić Pawła, przygarniętego w jakimś korytarzu: Ależ tu śmierdzi,
od progu woła. Na dworcu wileńskim, gdzie Paweł i Weronika w ciżbie
poczekalni czekają na pociąg, podłoga pokryta jest plwocinami,
“stroskana matka wysadza dziewczynkę, która nie mogła dłużej
wytrzymać”, fetor bije z każdej stronicy: Mackiewicz rozróżnia
odory gnoju, walonek, niewypranych skarpet, skóry, uprzęży,
pieluch, niewietrzonych izb, Bóg wie jakie jeszcze. Gdybym pisał
traktat ekonomiczny o “skutkach gospodarczych okupacji
sowieckiej na podstawie powieści Mackiewicza”, musiałbym
stwierdzić, że konsumpcja mydła itd. spadła do minimum, natomiast
w co najmniej tymże stopniu wzrosła konsumpcja samogonu. Autorowi z
tym brudem, z tym smrodem, z tą nędzą jest jakby dobrze. Mackiewicz
jest pisarzem proletariackim. Prawdziwie wypadają u niego tylko
ludzie, którzy nos wysmarkują w dwa palce. Gdy ktoś używa
chusteczki do nosa, Mackiewicz natychmiast czuje się jakby nieswojo.
Staje się jakby myśliwym, albo raczej psem gończym, który
zmylił trop, którego zawiódł węch. On, który tak pewną ręką,
z tak nieprawdopodobną maestrią rysuje prostaków, niepiśmienną
czerń, no od biedy jakąś półinteligencję – od razu traci i
tę pewność, i tę precyzję, i przede wszystkim tę prawdę życia,
gdy zahacza o inteligencję. Od razu nie to. I dialog słabszy. I język
uboższy. I psychologia coś nawala. Nie tylko gdy chodzi o rezonujących
inteligentów: Tadeusz, Leon, Karol, Konrad są wszyscy jacyś
papierowi. Ale nawet ledwo naszkicowani eksziemianie, jak Bogucki, jak
Rukowski, jak jego szwagier Witold z Wykont – to też nie to.
Nie to. Ot, trudno powiedzieć dlaczego, ale nie to. Mackiewicz jest
pisarzem proletariackim, jest bardem szarych, małych, najmniejszych
ludzi. Kułak, jak stary Bożek, Żyd co się dorobił dwunastu
fajerek, gajowy, konfident Rymaszewski, stary ptasznik. próbujący
skojarzyć czyża z samicą kanarka i palący łampadię przed ikoną
Kazańskiej Matki Bożej – oto szczyty społeczne dla
Mackiewicza. Nasz polski Gorkij. Według mnie – lepszy.
Literatura polska zarówno dwudziestolecia jak i
okresu powojennego nie była ani proletariacka, ani chłopska –
była i jest typowo inteligencka. Jej warsztatem nie jest ani fabryka,
ani zagon małorolnego – lecz kawiarnia, czasami biuro. I oto ci
bezklasowi albo zdeklasowani inteligenci, półinteligenci i ćwierćinteligenci,
chcąc sprawiać wrażenie “ludowości” czy “postępowości”,
chcąc okazać chłopską czy robotniczą “krzepę”, chcąc
swej bladej, jak słaba herbata, polszczyźnie nadać rumieńców
“demokratycznych” czy nawet
“socrealistycznych” – uciekają się do koprolalii.
Niejedno dziełko, wydane nie tylko w Bierutówce, ale i na emigracji,
grzeszy takim bezmiarem koprolalicznych bezeceństw i brudów. Wysoka
klasa artyzmu i realizmu (bez “soc.” i bez
“pol.”) Mackiewicza przejawia się między innymi tym, że
tej koprolalii nie ma ani śladu: gdy stary ptasznik sprzedaje Pawłowi
konia, to zachwala go w tych słowach: “Za przeproszeniem, dupka
u niego jak u panienki”. Ach, to “za
przeproszeniem”... jaka prawda bije z tych zwrotów.
Migawki czy obrazki Mackiewicza dzielą się na
trzy kategorie: najgorsze są ustępy
rezonersko-dziennikarsko-publicystyczne, po prostu nieraz nie do
wytrzymania; już dużo lepsze są obrazki z życia zbiedzonej,
sproletaryzowanej inteligencji, jak przede wszystkim sceny i scenki z
pożycia małżeńskiego Pawła i Marty, gdzie język jest poprawną,
ogólno-krajową, powiedziałbym gimnazjalną polszczyzną; i wreszcie
bezkonkurencyjnie najlepsze, niezapomniane, genialne po prostu są
folklorystyczne obrazki z życia “gminu”. Pamiętam ze
szkoły, że w programie figurowała jakaś Chemia Nieorganiczna. Pojęcia
nie mam dzisiaj – i zdaje się nigdy nie miałem – na czym
polega ta chemia nieorganiczna i czym się ona różni od chemii
organicznej, ale Mackiewicz jest, jak się zdaje, specjalistą od
ludzkości nieorganicznej, to znaczy od tej ludzkości prymitywnej, która
nie umie wypowiedzieć swych myśli i uczuć, tylko jakimś milczeniem
czy bełkotem, czy przekleństwem potrafi dać znać, że ją coś
boli czy cieszy czy trapi. Raz po raz Mackiewicz, opisując takich
ludzi “nieorganicznych”, dając ich rozmowy
“nieorganiczne” wznosi się na wyżyny geniuszu,
niespotykanego w literaturze polskiej, a bardzo rzadkiego w
literaturze światowej. W tym bogactwie typów i incydentów trudno
dokonać wyboru. Np. taki Rymaszewski Antoni, wezwany do NKWD, słyszy
od gepisty Czemodanowa: “Wy, Rymaszewski dużoooo wiecie”.
I w duchu sobie myśli: no, pewno, że on Rymaszewski dużoooo wie. On
wie, że szwagier Jan, mąż Mańki, sprzedał parsiuka (prosiaka) na
lewo, że inny sąsiad podał się za ułana, choć służył w żandarmerii...
Tak, podrzędny literat by tu wpakował, że Rymaszewski znał jakąś
organizację podziemną, wiedział o jakimś podsłuchu radiowym itd.
Nie Mackiewicz. On wie, że dla chłopa “dużo wiedzieć”
to właśnie o nielegalnym uboju czy handlu. A potem ten obrazek, jak
Rymaszewski, skaptowany na konfidenta, wraca do domu.
Między sosnami, na wrzosach,
rysowała się sylwetka Antoniego, który szedł szybkim, z daleka
mogło się zdawać, wesołym krokiem.
– Wraca! Matko Przenajświętsza! – Ola (żona) skoczyła
do drzwi, gdy z nagłą decyzją zawróciła, poszukała oczyma po
ścianie i padła na kolana przed popularną litografią Chrystusa
o płonącym sercu, która wisiała w rogu izby. – W imię
Ojca, i Syna, i Ducha...
– Mama! Tatuś wraca! ... wpadła do izby Krysia i zatrzymała
się, przenosząc wzrok z matki na święty obraz tak jej dobrze
znany, na którym Chrystus z kamiennie łagodnym wyrazem wskazywał
na promieniste serce, podobne do zabawki choinkowej. Ciotka (właśnie
żona tego Jana, którego Antoni wnet zadenuncjuje) ujęła ją
delikatnie za łokcie z tyłu i szepnęła:
– A ty by też uklękła i podziękowała Panu Jezusu...
...Panu Jezusu... Książka Mackiewicza jest nie
tylko rozkoszą dla literatów, ale i dla Westfalów. Dla językoznawców,
To niezrównany znawca gwary wileńskiej. Może Droga donikąd
– to jej pomnik ostatni. Jeżeli kiedyś kraj wróci, ziemia wróci,
język się zmieni. Ci co zostali zarażą się rusycyzmami. Ci co się
tułają wniosą domieszki angielskiego, niemieckiego, hiszpańskiego,
czy ja wiem czego jeszcze. Piękny, wyborny był to język. Bez niego
Mackiewicz by nie był wielkim pisarzem. Ale to też przeszkoda
straszna. Bo nie sposób go przetłumaczyć. W bukiecie Mackiewicza
trzeba w tłumaczeniu wyrzucić najpiękniejsze, najwonniejsze kwiaty.
Postacie kobiece są zwykle najsłabszym punktem
polskiej powieści. Inaczej u Mackiewicza. W Drodze dał on
kilka sylwetek i dwa portrety en pied żony bohatera, Marty, i
jego kochanki, Weroniki. Wszystkie typy kobiece Mackiewicza mają
pewne cechy wspólne. Naprzód są to pracownice, omal zwierzęta
gospodarne, część dobytku. Zapracowane po uszy. Praca to
straszliwie mało wydajna, ale nieustanna, ciężka, wytężona. W
rzadkich chwilach, kiedy Paweł chciałby popieścić żonę, ta musi
go ofukać, bo ma ręce ubabrane mięszaniem jakiegoś ciasta. Wiadro,
przetak, miotła – oto świat kobiet Mackiewicza: nie szminka,
nie róż, nie puder. Właśnie ostatnio czytałem jakąś powieść
francuską: młody lekarz, opukując pacjentkę, od razu zdaje sobie
sprawę – z odrazą – że w jej domu nie ma łazienki, że
bierze tylko un bain de siège, no, korzysta tylko z bidetu.
Obawiam się, że bohaterki Mackiewicza nawet tego bain de siège
nie znają, chyba tylko wodę jakiegoś ruczaju, gdy lato wileńskie
wyjątkowo przygrzeje. Autor jakby z sadyzmem i lubością podkreśla
wszystko co trąci biedą, prymitywem: Jadzia ma guzik przyszyty czarną
nitką do białych, staroświeckich majtek, Weronika poprawia pończochę,
trzymaną nie podwiązką a tasiemką... I żona, i kochanka zeskakują
z wozu Pawła, by schować się za krzakami. Rzecz naturalna. W
przeciwieństwie do swego brata, Mackiewicz nigdy nie wpada w lubieżność,
nigdy nie jest ani oślizgły, ani rozpustny, ani perwersyjny. Jego
fizjologia miłości jest surowa, rzekłbym ascetyczno-naturalistyczna.
Ot, prawo natury. Świetna jest scena, gdy Weronika zapytuje się
amanta, czy już nigdy nie będzie jej “kochał”, a Paweł
stara się jej wyperswadować, że teraz takie czasy, iż romanse nie
w głowie.
– A jak z żoną idziesz
spać, to też tobie nie w głowie, a w czym? – przerwała
brutalnie, zsuwając jego ramię ze swoich pleców. Paweł
spochmurniał.
– Przy czym tu żona – mruknął.
– A ot przy tym.
Marta. Jako właściwie nieatrakcyjna. Autor nie
podaje jej wieku. Ale z obrazku, kiedy przegląda się w lusterku i
nie dostrzega ani jednego siwego włoska, można wywnioskować, że
jest jeszcze młoda. A jednak nieprzeparte wrażenie, które ta Marta
nam zostawia – to właśnie starej, zwiędłej kobiety. Kobiety,
która się kończy. Jeszcze jest robotna. Ale na tym koniec. Niezrównana
jest jej kłótnia z Pawłem: ten wybuch histerii, ten potok
pretensji, wymyślań. Mackiewicz używa o kobietach określeń zawsze
niepochlebnych, pisze o ich głosach zgrzytliwych, o zawodzeniu,
pisze, jak chlipią. Ale jednak Marta jest żoną. Żoną. Ten
charakter dominuje. Paweł zapewnia Weronikę, że żony nie
porzuci. Nie Marty, lecz żony. Stary Bożek gryzie się, że żona mu
umarła. Żona. Bez imienia. Imię – to nieważne. Grunt –
żona.
I wreszcie Weronika. W ubogiej galerii typów
kobiecych w powieści polskiej Weronika zostanie. Może porównać ją
z Warszulką Weyssenhoffa? Już chyba ze trzydzieści lat minęło,
odkąd czytałem tego Sobola, ale z Warszulki zostało mi wspomnienie
czegoś delikatnego, trochę pastelowego, trochę konwencjonalnego
obrazku, bliższego pasterek Bouchera, niż borów litewskich.
Weronika z twardszego zrobiona jest tworzywa. O jej urodzie właściwie
wiemy tylko, że ma zielone oczy, i że te oczy się zwężają, gdy
namiętność się w niej budzi. Wiemy, że miłość do Pawła nosi w
sobie “jak dziecko w brzuchu”. Wiemy, że jest porywcza i
staroświecka: jak Paweł odmawia rozstania z żoną, to woła, że
“ty by dwie chciał mieć, a może więcej”. Z tym
wszystkim to jedyna dobra dusza w całej powieści. Jak ucieka –
to do matki, i jeszcze w domu pracuje, sok brzozowy w brzeźniaku
wybiera. Krzywdy nikomu nie robi, ot chyba, że chłopców odtrąci.
Ale ona jedna zdobywa się na poświęcenie, ona ratuje Pawła i Martę,
i sama wraz z rodziną przypłaca to zsyłką, “wywózką”,
jak ten straszny bolszewicki proceder deportacji omal pieszczotliwie
autor nazywa. Dla siebie samego Mackiewicz jest bezlitosny: jego
sobowtór, Paweł, myśli nie o Weronice, a tylko o ratowaniu własnej
skóry i żoninej. Nad losem nieszczęsnej Werci jednej łzy nasz
bohater nie roni.
*
Zarówno mój brat w “Dzienniku
Polskim”, jak i brat autora w “Tygodniku” wytknęli
Mackiewiczowi dziennikarskie naiwności jego książki. Po co się znęcać?
Teorie polityczne Józefa Mackiewicza, jeżeli tym uroczystym terminem
można jego dziecinady ochrzcić, są w najlepszym razie papuzim
powtarzaniem oklepanych sloganów powstania styczniowego, armii
krajowej, słowem wszystkich amatorów krzepy, krzepienia serc, oporu,
walki do ostatniego guzika itd. Mackiewicz nie rozumie prawdy
podstawowej i bardzo prostej: że małe narody i małe państwa są
tylko igraszką w rękach wielkich mocarstw. Nie było oporu przeciwko
bolszewikom na Wileńszczyźnie i na Litwie, bo nie chcieli go –
choć z różnych powodów – ani Niemcy, ani Anglicy. Później
wybuchł na tych samych ziemiach czynny opór antyniemiecki, bo go
chcieli i Moskale, i Anglicy, i Amerykanie. A potem gdy przyszli
bolszewicy opór ten znowu zgasł, bo już był wielkim mocarstwom
niepotrzebny. Tak jest zawsze i wszędzie. W Grecji były walki i
gierylasówki, i jakiś Ellas – i wszystko to diabli wzięli,
gdy Sowiety postanowiły położyć sztrych pod całym tym interesem.
Michajłowicz walczył i miał jakieś oddziały, póki Anglicy tego
chcieli, a gdy dowąchali się z Tito – skończył się Michajłowicz,
po prostu go powieszono, a cały świat przyklasnął, a Tito
zaproszono do Buckingham Palace. Gdy Amerykanom czy Chińczykom raptem
z powodu Formozy czy wysp Kurylskich nagle zależeć będzie na
ruchawce w Puszczy Rudnickiej, to ta ruchawka wybuchnie, choć
“Tadeusz” w grobie, a sam Józef Mackiewicz na emigracji.
Don Kiszot jest arcydziełem, ale walka bez błogosławieństwa któregoś
z wielkich mocarstw – to walka z wiatrakami.
Do tego podstawowego błędu, świadczącego o wyjątkowym
infantylizmie politycznym, Mackiewicz pododawał cały wianuszek rozważań
i teoryjek, z których każda jest bardziej osłupiająca od
poprzedniej. I tak Mackiewicz z lubością dowodzi, że Sowiety a
Rosja – to coś zupełnie, ale to zupełnie innego, no w ogóle
ogień i woda. Mackiewicz wprowadza w tok powieści jakiegoś popa,
Pitirima czy Serafima, i popisko długo wywodzi, że za caratu panowała
wolność, że cała inteligencja rosyjska była przeciwna
despotyzmowi, że się to wszystko zmieniło dopiero za bolszewizmu
itd. Gdy bolszewizm diabli wezmą – a kiedyś go wezmą –
znowu się wynajdzie nową gadkę, że to nie naród rosyjski ponosi
odpowiedzialność za łagry, za wywózki, za tortury, bo naród ten
burzył się bez przerwy i był w stu procentach przeciwko Stalinowi.
Każdy naród ponosi całkowitą odpowiedzialność za swój ustrój i
swe rządy, O ile nie były one narzucone przez okupację zewnętrzną.
Tak więc naród polski ponosi całkowitą, stuprocentową
odpowiedzialność za rządy przedwojenne, natomiast nie ponosi
odpowiedzialności za rządy Bieruta, które zostały narzucone
bagnetami sowieckimi, i który by bez nich nigdy się dwudziestu
czterech godzin u władzy nie utrzymał. Podobnież jest zawracaniem głowy,
że “cała” inteligencja rosyjska była liberalna i
nienawidziła caratu, legendą są bajki o “dobrych”
cenzorach Mikołaja I-go etc. Buntowały się jednostki, a i to ofiary
systemu, jak Dostojewski, jeszcze potem lizały buty carskiego
oprawcy. I tak samo naród rosyjski ponosi pełną, stuprocentową
odpowiedzialność za bolszewizm. Bolszewizm, stalinizm, cały ten
terror, cała ta ohyda, całe to swiriepstwowanie, cała ta opriczina
– wszystko to jest krew z krwi, kość z kości, duch z ducha
Rosji. Bolszewizm to jest rosyjska forma marksizmu, tak jak
hitleryzm był jego formą niemiecką, jak Welfare State i niedzielna
nuda jest jego formą angielską, bałagan i kryzysy rządowe są jego
formą francuską, a anarchia i wojna domowa jego formą hiszpańską.
Polska forma – no, ale to długi temat, o tym może kiedyś później,
jeżeli dożyję, jeżeli satrapa redakcyjny pozwoli...
Nie ma żadnego konfliktu polsko-sowieckiego, jest
tylko w nowej, wyjątkowo groźnej formie, odwieczny konflikt
polsko-rosyjski. Moskwa zalała raz jeszcze kresy polsko-litewskie. To
jest ta prawda, która bije z każdej strony powieści Mackiewicza,
bo, wbrew swej woli, jako artysta, Mackiewicz musi być uczciwy
i prawdomówny, a której zaprzecza, jak umie i może, na każdej
stronie swego mętnego rezonerstwa. Jest rzeczą zaiste zdumiewającą,
że Droga donikąd pozostaje wspaniałą, monumentalną powieścią
pomimo tych niekończących się wstawek nudnego mętniactwa.
Tylko prawdziwa piękność może pokonać zły gust małomiasteczkowej
toalety, i tylko talent, graniczący z geniuszem, może wyjść zwycięsko z tego łamania
się z grafomanią małomiasteczkowego politykiera, uważającego się
za Talleyranda. Jest też rzeczą uderzającą, jak stale, jak
regularnie w narodach słowiańskich powtarza się ta mania wielkich
pisarzy koszlawienia swych talentów głoszeniem jakichś idej, przeważnie
płaskich, a w każdym razie przez autorów zupełnie nierozumianych.
Taki Tołstoj (Lew oczywiście) genialny artysta, niezrównany epik,
swoje Zmartwychwstanie już całkowicie spaskudził jakąś
pseudofilozofią, naiwną, sztubacką, nudną, prymitywną. A jednak
nie: Tołstoj z uporem widzi w sobie nie artystę, nie powieściopisarza,
ale właśnie apostoła. proroka, reformatora, i upiera się, że te
jego nędzne ramoty i dywagacje, to sens jego pracy pisarskiej, jego
życia. Gogol w obłędzie popomanii pali drugi tom Martwych dusz
i w jakiejś pseudoekstazie pseudoreligijnej dostrzega sens życia. Słowacki
niszczy piękny talent liryczny, by rozpisywać się o heglizmie, z którego
nic zupełnie nie zrozumiał, w swoich ostatnich listach do matki,
baje jak urzeczony, jak fiksat o jakimś krążeniu duchów, i znowuż
w tej grafomanii pseudoreligijnej widzi misję swego życia. I oto
teraz Józef Mackiewicz, zamiast wykorzystywać do ostatniej kropelki,
do ostatniej drobiny skarb talentu dany mu przez Boga, z sadyzmem, z
masochizmem psuje jak może własne dzieło, by głosić jakieś
absurdalne brednie, wypisywać jakieś przenudne kobyły na poziomie
swego eks-kolegi, nieboszczyka Charkiewicza. I co najgorsze!
Mackiewiczowi obojętne są pochwały jego literackich dokonań. Tylko
się skrzywia. Ale chce by go traktowano, jak wielkiego polityka. Jako
myśliciela politycznego. Obraża się, gdy ludzie łamią ręce, widząc
marnowanie i szarganie wielkiego talentu. Tą recenzyjką zrobię
sobie też nie przyjaciela, a śmiertelnego wroga.
*
Bracia Mackiewicze stanowią unikat w dziejach
literatury polskiej: siedemnastowieczni Morstinowie należeli do paru
pokoleń. Jest fenomenem, by dwóch braci mogło zająć w piśmiennictwie
tak pierwszoplanowe miejsce. Wielu ludzi powiada: jak są oni do
siebie podobni. Jest to złudzenie optyczne. Znając obu od dawna i z
bliska postaram się to złudzenie obalić.
Stanisław jest nieporównanie zdolniejszy. Jest
wielokrotnie bardziej wszechstronny, jest znacznie bardziej wykształcony
i oczytany, ma znacznie więcej zainteresowań, ma silniejszą
personality, ma więcej dowcipu, charmu, uroku, jest bardziej
“colourful” jest zabawniejszy, jest bardziej interesujący.
Ale jest tylko dziennikarzem. Doskonałym, wyjątkowo utalentowanym.
Jest to hetman publicystyki, i w tej dziedzinie jego rola jest tak
pierwszorzędna, jego klasa tak wysoka, że potrafił on nawet bez ośmieszenia
się, bez narażenia się na miano błazna i cymbała przejść przez
ogniową próbę premierostwa emigracyjnego. A przecież Stanisław
Mackiewicz tyle razy gromił polską manię pozorów. Sam się nie
oparł wdziękom emigracyjnej tytułomanii...
Ten znakomity, przenikliwy publicysta, o stylu
barwnym, o języku nieraz niegramatycznym, ale soczystym i jędrnym,
jak dojrzała reneta czy papierówka, ma, jako pisarz, jedną
zasadniczą wadę: oto może on pisać tylko o sobie. Stanisław
Mackiewicz spróbował swych sił w teatrze: jego dwie sztuczki wypadły
beznadziejnie, bo wszystkie postacie – to były inkarnacje
autora, wypowiadały jego poglądy na różne sprawy, ale własnego życia
nie miały. Z książek Stanisława Mackiewicza najlepsza jest
monografia o Dostojewskim: swoją drogą jest nieopisanym skandalem,
że książka ta nie wyszła dotąd w druku w polskim oryginalnym tekście,
tylko w dwóch drewnianych przekładach, angielskim i niemieckim.
Dlaczego ta monografia o Dostojewskim jest najlepsza? Bo między
Dostojewskim a St. Mackiewiczem istnieje pewne jeżeli nie pokrewieństwo,
to przynajmniej powinowactwo: Dostojewski, choć nienawidził Polaków,
to jednak, poznawszy St. Mackiewicza, zapewne by powiedział: Chatia
i Palczyszka, no intieresnyj... I dlatego te trzysta stron skargi
i wyrzekania, dlaczego Dostojewski znalazł sobie Anię, a St.
Mackiewicz takiej Ani nie znalazł, są do wytrzymania, i są nawet
zajmujące. Natomiast już dużo gorszy jest Stanisław August
tegoż autora. Mniejsza o to, że istotną treścią tej książki są
rozważania, co by autor, St. Mackiewicz, zrobił na miejscu Stanisława
Augusta: w pewnym sensie to studium było aktem kandydowania na
stanowisko legalistycznego, emigracyjnego premiera, tak jak o
biografii Piłsudskiego przez pewnego urzędnika MSZetu, jeszcze za życia
Marszałka, Wieniawa miał powiedzieć: 365 stronic prośby o awans.
Biografia Stanisława Augusta jest poroniona, bo między autorem a
Poniatowskim nie ma ani jednego elementu wspólnego, pas d'atomes
crochus, jak się mówi w trochę afektowanej, dziewiętnastowiecznej
francuszczyźnie. Wiek XVIII był wiekiem konwenansu, formy, był
wiekiem zepsucia, ale nie rozpusty, był wiekiem “galant”
(słowo nieprzetłumaczalne na język polski), ale nie był wiekiem
lubieżnym. Gdy St. Mackiewicz opisuje, jak Stanisław August pieści
kuzynkę Lubomirską w chwili, gdy armaty strzelają z powodu jego
elekcji, wiemy że to nieprawda. Wszystkie te tiule, koronki, cała ta
lubieżność, do której brakuje tylko jeszcze czarnych majtek i
frou-frou kankana pasują do epoki la belle Otéro, do
grzesznego chichotu faryzeuszowskiego fin-de-siècle. W
Trianonach i w Łazienkach więcej było reweransów niż "couchowania",
więcej kalamburów niż wyznań miłosnych, więcej gracji, jak miłości,
więcej konwersacji niż pieszczot. A nade wszystko unosił się tam
duch klasowy. Wszystkie te amory, flirty, zdrady, figielki – to
były passe-temps rodzinne. Entre cousins. Mój drogi
Stasiu, ani Ciebie, ani mnie by do tych figielków nie dopuszczono. Allons
donc!
Józef Mackiewicz pod jednym względem bije swego
brata: oto jako powieściopisarz, jako artysta Józef umie wyjść z
siebie, staje się dzięki jakiemuś tajemniczemu procesowi samobójstwa
własnej osobowości już tylko fotografem, już tylko automatem, który
rejestruje cudze myśli, uczucia, słowa. Józef jest jako artysta obiektywny.
W pewnej chwili autor znika. I gdy znika, jego twory, jego bohaterzy
zaczynają żyć własnym życiem, poruszają się, mówią, cierpią,
czują, wypełniają strony, książkę, świat. Stają się żywi.
Weronika żyje tym samym życiem, co Basia Wołodyjowska czy Izabella
Łęcka czy Hanka od Borynów. Stanisław jako literat może osiągnąć
nieśmiertelność wyłącznie pamiętnikami: musi wzorować się na
Saint Simonie czy Casanowie, czy od biedy na Goncourtach
(przereklamowanych). Natomiast Józef musi tylko zapomnieć, że
istnieje coś takiego, co się nazywa polityką.
Mówi się też o obu braciach, że są bardzo
rosyjscy. Pewno że są. Ale każdy w innym sensie. Mackiewicz Stanisław
jest o dobrych pięć lat starszy: stąd pamięta on Petersburg, carską
Rosję, przedwojennych Moskali – jest jeżeli kto chce
“białogwardyjski”. Inaczej Józef. On zna Rosję tylko
przez pryzmat jej literatury. Stąd jego sylwetki enkawudzistów, a
nawet ekscarskiego oficera “Mikołajewicza” (choć ta jest
najlepsza) mają coś sztucznego, nieprzekonywującego: gdzieś czegoś
brakuje. Ale jako atmosfera, jako nihilizm, jako konstrukcja nawet
– powieść jego jest czysto rosyjska, wywodzi się w prostej
linii z Gogola i Szołochowa. I jeżeli gdzie zagranicą, to w Rosji Droga
donikąd znajdzie uznanie. W Rosji pobolszewickiej może zostać
best-sellerem.
*
Gdy myślę o Józefie Mackiewiczu, zbiedzonym,
ponurym, milkliwym, skrzywdzonym, zgorzkniałym i zbolałym,
przychodzi mi zawsze do głowy porównanie z Dostojewskim. Jakieś
redakcje, klubiki, biura cenzury, mieszczańskie, petersburskie
“kwartiry” z ogromnymi orzechowymi kredensami i bufetami,
w których przy okrągłym stole, przy ćmiącej lampie naftowej ówczesna
elita piła herbatę z dymiących samowarów. I widzę tych Bielińskich,
Niekrasowych, Katkowów, Grigorowiczów i tylu, tylu innych, nadętych,
pontyfikujących, uroczystych, z dewizkami, z zegarkami jak cebule,
rozwalonych w fotelach, ględzących, jakby to była ówczesna
arystokracja warszawskiego Ipsu, a gdzieś na szarym końcu skulony,
milczący Dostojewski, który, nie wiem czemu mi się tak wydaje,
musiał wiecznie marznąć. Taki sobie mały. brzydki, niechlujny człowieczek,
nerwowo patrzący spode łba, którego ręce niespokojnie latają po
blacie stołu. Nikt na niego nie patrzy, nikt się do niego nie
zwraca. Ledwo jest tolerowany. Czasem gdy go ktoś wspomni: ach, ten
epileptyk!
A dzisiaj? To wszystko zapomniane. Nazwiska nic nie
mówiące. Nazwiska, które gdzieś figurują po słownikach
bibliograficznych, tylko dlatego, bo kiedyś otarły się o Fiodora
Michajłowicza...
Może to samo spotka nas wszystkich. Józef
Mackiewicz jest też krzywdzony, spychany na ostatnie miejsce, lekceważony,
szkalowany przez sforę pasożytów, którzy tradycyjnie jak pijawki
żłopią krew i chleb literatów, tych “organizatorów”,
tych kontrolerów, tych przewodników, tych polrealistów,
poprawiaczy, naprawiaczy i innych łobuzów. Przez zwyczajnych łapsów
i prowokatorów policyjnych. Cała ta gadzina, wszystkie te wypędki
szpiclowskie i drugooddziałowe nienawidzą Józefa Mackiewicza,
szkalują go i denuncjują z tą samą zajadłą nienawiścią, z jaką
szczeka na niego ulicznica Odolska, też nie mogąca mu darować, że
talent wykopał tak nieprzebytą przepaść między bolszewicką dziwką
a samotnym pisarzem...
*
Gdyby Droga donikąd była napisana po
niemiecku, czy choćby po rosyjsku, to by Józef Mackiewicz dostał
Nagrodę Nobla jeszcze w tym roku.
A tak ?
Ech, życie...
|